Szukaj w swulinski.com:
 


Zapomniana kolonia karna

Gdy pierwszego dnia po przyjeździe wyszedłem z hotelu na nadmorski deptak, miałem wrażenie, jakbym znał już to miejsce. Nowoczesna architektura, liczne kawiarenki z widokiem na zatokę, port jachtowy, kolorowe szyldy francuskich firm, butików i supermarketów. Przy tym wszystkim znaczny ruch samochodowy i dobrze rozwinięta komunikacja miejska.

Aby dotrzeć tutaj, podróżowałem przecież kilkadziesiąt godzin samolotem, przesiadając się kilkakrotnie. Moim celem były odległe wyspy gdzieś na południowym Pacyfiku. Oczekiwałem egzotyki, a tymczasem znalazłem się w zwykłym europejskim mieście, podobnym do wielu na południu Francji. Byłem trochę zawiedziony. Zadawałem sobie pytanie, gdzie jest to legendarne piękno i niepowtarzalność wysp Oceanii?

Miejsce zsyłek

Wejście do więzienia
Do Nowej Kaledonii
trafiło tysiące skazańców

Nowa Kaledonia to dynamicznie rozwijająca się zamorska prowincja Francji położona na północ od Nowej Zelandii. Jej stolica, wciąż rozbudowywane miasto o nazwie Numea, przyciąga coraz to większe rzesze emigrantów z Europy. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze 90 lat temu życie tam miało zupełnie inny wymiar. Krótko po tym, gdy w roku 1853 Francja wprowadziła tu swą władzę, okazało się, że wśród Europejczyków brak jest chętnych do osiedlania się na wyspach. Utworzono zatem kolonię karną, której istnienie miało podwójny cel, wymierzanie kary i jednocześnie zasiedlanie wysp. Do 1922 roku do Nowej Kaledonii trafiło tysiące skazańców, zwykłych kryminalistów, jak i więźniów politycznych. Powstało wówczas wiele miejsc odosobnienia, większość z nich stoi do dziś. W czasie mojego pobytu odwiedziłem jedno z takich więzień. Wszedłem wąskim wejściem prowadzącym przez podwójne wysokie mury. Wewnątrz wolno stojące budynki z oknami wysoko pod stropem. Zabudowania nie w szeregu, lecz gwiaździście, a to dlatego, aby jeden strażnik stojący w samym środku placu był w stanie obserwować wszystkich więźniów. We wnętrzu cel półmrok, wilgoć i mury pokryte grzybem. Ściany w wielu miejscach wytarte łańcuchami. Tak naprawdę skazańcy nie mieli dokąd uciekać, nawet gdyby nadarzyła się do tego okazja. Teren wokół więzień zamieszkiwany był wówczas przez tubylczą ludność nieprzychylną przyjezdnym. Uciekinier wiedział, że czeka go tam śmierć i że prawdopodobnie zostanie kolejną ofiarą ludożerstwa praktykowanego w tamtych czasach. Do francuskiej Nowej Kaledonii trafili również polscy zesłańcy polityczni, głównie uczestnicy Komuny Paryskiej. Większość z nich po odbyciu kary powróciła do Francji. Najbardziej znanym polskim więźniem był powstaniec styczniowy Antoni Berezowski, który w roku 1867 dokonał w Paryżu nieudanego zamachu na cara Rosji Aleksandra II. Za swój czyn dwudziestoletni polski patriota skazany został na zesłanie. Trafił do tej kolonii karnej bez prawa powrotu. Zmarł tutaj w roku 1916.

Rodzimi mieszkańcy wysp

Łowienie siecią
Kanakowie to rodzimi
mieszkańcy Nowej Kaledonii

Wyjeżdżając poza obręb stolicy kolonii przekonać się można, że to zdominowane przez Europejczyków miasto jest w dużym kontraście w odniesieniu do reszty terytorium, zamieszkałego generalnie przez rdzenną ludność melanezyjską. Rząd francuski promuje „zachodni”, konsumpcyjny i skomercjalizowany styl życia, obcy ludziom Pacyfiku. Kanakowie, czyli rodzimi mieszkańcy Nowej Kaledonii, powoli tracą swą tożsamość. Odwiedzając kolejne galerie sztuki (prowadzone oczywiście przez Francuzów) poszukiwałem czegoś, co pochodziłoby z Nowej Kaledonii. Niestety, mnóstwo do kupienia było eksponatów, często dość starych, z Papui Nowej Gwinei lub Vanuatu, ale zupełnie brak było dzieł lokalnych artystów. Zaintrygowany zapytałem sprzedawcę: „Dlaczego nie sprzedajecie sztuki miejscowych twórców? Czyżby nikt nie chciał jej kupować? Co ze starymi rzeźbami i maskami? Powinny się one przecież zachować. Tak jest właśnie w innych rejonach Oceanii”. „Niestety, nic nie przetrwało” - padła odpowiedź. Po chwili milczenia sprzedawca dodał: „To konsekwencja pobytu pierwszych misjonarzy. Organizowano wtedy na terenie wiosek masowe niszczenie wszystkich symboli starej wiary i kultury. Kanakowie przynosili swoje dzieła sztuki, które były po prostu palone”.

W dziedzinie kulinarnej jest na szczęście inaczej. Niewielkie rodzinne restauracje bazują na lokalnej kuchni. Najbardziej znana i charakterystyczna dla Kanaków potrawa to bonia (bougna). Jest to coś w rodzaju naszych pieczonych ziemniaków. Nazwa oznacza dosłownie zawiniątko lub paczkę. Tak jest w istocie. Bonia to wymieszane taro, jam, słodkie ziemniaki i banany, wszystko to zawinięte w liście palmowe. Całość związana sznurkiem tworzy dość sporych rozmiarów „paczkę”. Dodaje się tam też czasami kawałki kurczaka, ryby lub kraba. Warto dodać, że nie stosuje się żadnych naczyń do pieczenia. „Zawiniątko” pieczone jest bezpośrednio w kopcu gorących kamieni przysypanych piaskiem. Goście zwykle zapraszani są, aby obserwować moment wyjmowania boni z kopca. Gdy zobaczyłem, jak kobiety, pracując łopatami i motykami, rozrzucały kamienie i piasek, zacząłem obawiać się o mój przyszły obiad. Byłem przekonany, że prócz lokalnych warzyw zmuszony będę jeść również piasek. Trudno mi do dziś uwierzyć, ale nie czułem żadnego zgrzytania między zębami. Lata wprawy kucharek czynią cuda.

Wyspa Choinek

Araucaria Columnaris
Na Wyspie Choinek
dominują nie palmy, lecz iglaki

W Nowej Kaledonii zachowało się wiele unikatowych gatunków roślin. Duża ich część przetrwała w niezmienionej formie od ery mezozoicznej, czyli epoki dinozaurów. Równie interesujący i wyjątkowy jest podwodny ekosystem. Rafa koralowa Nowej Kaledonii ma długość 1500 km i jest drugą największą na świecie, po słynnej australijskiej Wielkiej Rafie. Wśród wielu okazów podwodnego świata największym fenomenem jest żyjący tu od milionów lat morski mięczak nazywany łodzikiem. Głowonóg ten posiadający sporych rozmiarów muszlę w formie spirali często określany jest mianem „żywej skamieniałości”. Okazało się, że najwspanialszym miejscem, aby podziwiać piękno tych dwóch światów, jest Île des Pins, czyli Wyspa Choinek. Nazwę tej niedużej wyspie nadał James Cook, który odkrył ją jako pierwszy Europejczyk. Najwyraźniej zauroczyły go wybrzeża obrośnięte smukłymi i strzelistymi drzewami, gdzie dominują nie palmy, lecz iglaki. Dla większości ludzi symbolem wakacyjnego raju jest piaszczysta plaża, koniecznie z palmami w tle. Na Wyspie Choinek jest inaczej. Rodzima, wysoka i wiecznie zielona igława (araucaria columnaris, gatunek archaicznego drzewa iglastego) występuje tu częściej niż palmy. Fakt ten czyni to miejsce niezwykłym i niepowtarzalnym. Dodatkowym atutem wyspy jest mała liczba hoteli, a co za tym idzie, niewielka liczba turystów. Najciekawszym miejscem jest tak zwany basen naturalny. Jest to coś w rodzaju małego jeziora, lecz ze słoną wodą, morskimi rybami i własną, malutką rafą koralową. To niesamowity twór natury. Nie mając stałego połączenia z morzem, „basen” otoczony jest ze wszystkich stron choinkami, a zasilany jest wodą z oceanu tylko w czasie przypływu. Nie sposób dojść do tego miejsca suchą nogą. W bezpośrednim sąsiedztwie nie ma żadnych kawiarni ani restauracji, ale kto by się tym wszystkim przejmował. Miejsce to jest piękne samo w sobie i to w zupełności wystarcza.

Bezludna wyspa

Pas piachu
Bezludna wysepka Nokanhui

Rafa Nowej Kaledonii jest potężna. Wspaniale jest ją podziwiać nurkując, ale jej prawdziwy wymiar można ocenić tylko z lotu ptaka. Woda posiada różne odcienie, od głęboko błękitnego poprzez niebieski aż do jasnoturkusowego. Lecąc samolotem można zobaczyć nie setki, ale tysiące różnej wielkości wysp i wysepek. Prawie wszystkie bezludne. Te najmniejsze - całe z piasku - na tle niebieskozielonej wody wyglądają jak piaskownice na placu zabaw dla dzieci. Większe wysepki mają przeróżne kształty. Jedna obrośnięta trawą i zakończona długim jęzorem piachu to niczym kometa na niebie. Inna wyspa nasuwa bardziej prozaiczne podobieństwo. Swym konturem przypomina po prostu butelkę. Wszystkie te widoki budują nieodpartą chęć poznania takich miejsc z bliska. Stanąć tam własną nogą, a najlepiej spędzić jakiś czas samotnie na bezludnej wyspie zupełnie jak najprawdziwszy Robinson Crusoe. W dzisiejszych czasach nie trzeba być koniecznie rozbitkiem, aby tego dokonać. Najłatwiej jest wynająć łódkę.

Pewnego dnia wcześnie rano miejscowy Kanak wziął mnie na pokład. Po krótkich targach ustaliliśmy cenę. „Mała ładna wyspa, nie ma problemu” - powiedział i włączył silnik. Płynęliśmy slalomem, omijając fragmenty rafy dotykające powierzchni wody. Po raz kolejny nie mogłem nadziwić się różnym barwom morza. W wielu miejscach wapienne podłoże przy dość silnie świecącym słońcu pozwalało uzyskać niepowtarzalny efekt kolorystyczny. Wkrótce łódka zatrzymała się na piachu. „Wracam przed zachodem słońca” - usłyszałem. Stałem na brzegu wysepki Nokanhui, która okazała się być niewielkim, częściowo tylko pokrytym zielenią pasem piachu otoczonym płytką, spokojną - zupełnie jak jezioro - wodą. Nie było tam fali, burzliwy ocean huczał daleko. Obejść tę wyspę dokoła można dosłownie w kilka minut. Mnie zajęło to kilka godzin. Po co się spieszyć? Pogoń życia codziennego zostawiłem przecież daleko.

W Nowej Kaledonii znalazłem spokój, harmonię i piękno egzotycznej przyrody na lądzie i pod wodą. W miejscach, które odwiedziłem i cenię najbardziej, nie ma tłumów, głośnej muzyki i typowego turystycznego kiczu. Nowa Kaledonia, ta z dala od stolicy, posiada autentyczną atmosferę wyspiarską, gdzie nikt nigdy się nie spieszy, a każdy napotkany człowiek jest przyjacielem.


Tekst: Maciej Swuliński